W momencie, kiedy artyści kurczowo trzymają się twardo stylu wypracowanego na przestrzeni lat, bojąc się eksperymentować, Metaform pokazuje, jak to robić z klasą. Trzeba posiadać naprawdę olbrzymią odwagę, by zrobić tak radykalny i niespodziewany krok.
Pierwsze na co zwracamy uwagę to wokale. Justice stronił dotychczas od używania ludzkich głosów. Jeśli już były, posługiwał się samplami. Tym razem zdecydował, że sam obsłuży mikrofony i wesprze się efektem auto-tune. Niestety zasada „co za dużo, to niezdrowo” kolejny raz znajduje potwierdzenie. Prawie każdy wokal w pewnym momencie staje się uciążliwy i denerwujący jak stado komarów w namiocie. Na szczęście z odsieczą przychodzi melodyczne tsunami, które koi nasze nerwy. Sample pochodzące z nagrań m.in. Niny Simone czy The Art of Noise spotykają na drodze do naszych uszu dudniące bębny, splatając się z nimi niczym kochankowie w miłosnym uścisku. Cała ta słodycz wylewająca się z głośników nie pozwala pozbyć się wrażenia, że to strasznie popowy album. Jest łatwy, przyjemny i chwytliwy. Na szczęście jest to pop odpowiednio wyważony, całkowicie pozbawiony lejdigagowego kiczu i sztuczności.
Jeżeli po „The Electric Mist” spodziewacie się powtórki ze „Standing on the shoulders of giants”, to lepiej wydajcie pieniądze na bilety do kina, bo to nie jest płyta dla Was. „Eletryczna mgła” jest niczym książki „1001 jeden pomysłów na…”. Krążek pełen jest wariacji i zabaw w rytmach abstract hip hopu, chill`ującego drum and bassu, a nawet ambientu. Samplery, gitary, syntezatory wsparte wokalem samego Justice’a zabierają nas w podróż po krainie wiecznego szczęścia.
Autor: Łukasz Michalewicz